Pętla po Pogórzu Izerskim
Wtorek, 26 lipca 2011 | dodano:04.08.2011
Km: | 35.00 | Km teren: | 10.00 | Czas: | 01:55 | km/h: | 18.26 |
Pr. maks.: | 44.00 | Temperatura: | 20.0 | Rower: | avantgarde comfort edition |
W czasie urlopu warto zwiedzić co nieco. Wybrałam się zatem na trochę nostalgiczną wyprawę (kiedyś podobną trasę przeszłam pieszo). Wyjechałyśmy z Guitarową o poranku z Gierczyna z górki na pazurki. Potem przez Mlądz i Rebiszów nad Stawy Rębiszowskie.

Stamtąd lasem do Zamku Gryf. Niestety, odkąd jest to "teren prywatny" ruiny są niedostępne dla turystów. Najbardziej boli fakt, że nic się tam nie dzieje.
Z Proszówki kolejna góreczka i zjazd w dół do Gryfowa. Chciałyśmy w mieście wypić kawę, ale niestety byłyśmy zbyt wcześnie i kawiarnia była nieczynna.
Następnym etapem było już Jezioro Złotnickie. Najpierw mozolne pedałowanie na wzniesienie, by potem karkołomnym zjazdem przez wykroty, kamienie, strumyczki i zerwane mostki znaleźć się przed kładką nad Jeziorem Złotnickim.
Tu czekała mnie trudna decyzja, gdyż jako osoba z lękiem przestrzeni panicznie boję się kładem i wiszących mostów. Nie miałam jednak innego wyjścia jak pokonać lęk i przejechać.

Znad jeziora pojechałyśmy przez Wieżę do Mirska, gdzie w maleńkiej cukierence można wypić doskonałą kawę i zjeść najlepsze kremowe ciasto w naprawdę przystępnej cenie.
Ostatni etap wycieczki to Krobica, skąd ku uciesze Guitarowej zostałyśmy odstawione do domu samochodem (zmorą Małej jest podjazd po górkę- 2 km).

Stamtąd lasem do Zamku Gryf. Niestety, odkąd jest to "teren prywatny" ruiny są niedostępne dla turystów. Najbardziej boli fakt, że nic się tam nie dzieje.
Z Proszówki kolejna góreczka i zjazd w dół do Gryfowa. Chciałyśmy w mieście wypić kawę, ale niestety byłyśmy zbyt wcześnie i kawiarnia była nieczynna.
Następnym etapem było już Jezioro Złotnickie. Najpierw mozolne pedałowanie na wzniesienie, by potem karkołomnym zjazdem przez wykroty, kamienie, strumyczki i zerwane mostki znaleźć się przed kładką nad Jeziorem Złotnickim.
Tu czekała mnie trudna decyzja, gdyż jako osoba z lękiem przestrzeni panicznie boję się kładem i wiszących mostów. Nie miałam jednak innego wyjścia jak pokonać lęk i przejechać.

Znad jeziora pojechałyśmy przez Wieżę do Mirska, gdzie w maleńkiej cukierence można wypić doskonałą kawę i zjeść najlepsze kremowe ciasto w naprawdę przystępnej cenie.
Ostatni etap wycieczki to Krobica, skąd ku uciesze Guitarowej zostałyśmy odstawione do domu samochodem (zmorą Małej jest podjazd po górkę- 2 km).